Moja azjatycka droga – jak pasja stała się sposobem na życie
Wszystko zaczęło się od uderzenia dusznego, wilgotnego powietrza, które poczułam zaraz po otwarciu ciężkich drzwi samolotu w Denpasar. To nie był zapach z kolorowych magazynów – to była gęsta mieszanka dymu z kadzideł, słodkawych goździków z papierosów kretek (zapach wszechobecny w Indonezji, jak się później przekonałam 🙂 ) i mokrego pyłu z drogi, który osiada na wszystkim. Nie przyleciałam tam z gotowym biznesplanem ani teczką pełną wykresów. Byłam po prostu dziewczyną z aparatem, która chciała zobaczyć, jak powstają rzeczy mające w sobie coś więcej niż tylko funkcjonalność. Szybko przekonałam się, że w Indonezji czas można mierzyć zupełnie inaczej – nie zegarkiem, a rytmicznym, hipnotyzującym stukotem dłuta o twarde drewno tekowe.
Moje kroki rzadko prowadziły do klimatyzowanych salonów czy eleganckich hoteli. Zdecydowanie bardziej wolałam kurz Yogyakarty i małe, przydomowe warsztaty ukryte gdzieś między jaskrawozielonymi polami ryżu, a gęstą ścianą dżungli. To właśnie tam, w półcieniu rzucanym przez dachy z wysuszonych liści palmy, poznałam ludzi, z którymi z czasem się zaprzyjaźniłam. Warsztat to dom, a dom to warsztat. Dziś te same osoby, które lata temu podglądały pracę starszych mistrzów, same pilnują każdego detalu przy wykańczaniu mebli. To fascynujące, jak naturalnie tradycyjne wzory i szacunek do materiału przechodzą na kolejne osoby, tworząc ciągłość, której nie da się podrobić w żadnej fabryce. W tych miejscach warsztat to nie firma – to po prostu część domu, a rzemiosło jest tak naturalne, jak codzienne parzenie herbaty.
Wspólna herbata to zresztą osobny rozdział tej historii. Zanim przejdziemy do oglądania gotowych wyrobów, musimy usiąść na niskich stołkach i porozmawiać o tym, co słychać u rodziny. Często obserwuję, jak powstają tradycyjne wzory – rzemieślnik nie patrzy w projekt na ekranie, on ma ten wzór w pamięci, bo jego ojciec i dziadek wycinali dokładnie taki sam splot. To nie jest produkcja, to raczej powolne wyciąganie kształtu z materiału, który natura tworzyła przez dziesięciolecia. Każdy sęk, każda nierówność czy ciemniejsza pręga w drewnie nie są dla nas wadami. To dowód na to, że dany mebel żył, rósł w konkretnym miejscu, a potem spotkał człowieka, który poświęcił mu swój czas.
Z rattanem sprawa wygląda jeszcze ciekawiej i bardziej swojsko. Wielu moich rzemieślników posiada własne pola, i to tutaj tak naprawdę, na tych polach, zaczyna się życie tworzonego mebla. Widziałam ich nieraz przy pracy o świcie – to nie jest walka z materią, to raczej powolne, niemal medytacyjne układanie splotów. Słychać tylko cichy szelest włókien pod palcami i czuć zapach świeżo ściętych roślin. Ten materiał musi przejść przez dziesiątki spracowanych rąk – od zbioru, przez selekcję, aż po żmudne wyplatanie – zanim stanie się lekkim fotelem czy stolikiem. Nie da się tego procesu przyspieszyć maszyną, bo żadna maszyna nie ma tego wyczucia w palcach, które pozwala stwierdzić, jak mocno można nagiąć włókno, by nie pękło.
Był w tej historii okres wielkiego pędu. Prowadziłam trzy salony w Warszawie – na Żelaznej, na Puławskiej na Mokotowie i w Raszynie. Moje meble bywały tłem dla rozmów w programie telewizyjnym „Bezludna wyspa” Niny Terentiew, gościły w scenografiach telewizyjnych i brały udział w wielu sesjach fotograficznych, choćby dla czasopisma „Weranda”. To był intensywny świat, pełen blasku i ciągłego ruchu. Z czasem jednak zrozumiałam, że najbardziej cieszy mnie to, co dzieje się na początku tej drogi – w cichym warsztacie, przy herbacie. Z czasem świadomie zostałam przy jednym miejscu – wybór padł na Salon mebli w Raszynie, by móc żyć spokojniej i poświęcać więcej czasu na rzeczy, które kocham.
W moim sklepie w Raszynie znajdziecie też sporo mebli i ciekawych tradycyjnych przedmiotów użytkowych oraz dekoracji z Chin, jednak to właśnie Indonezja pozostaje moim miejscem na ziemi, do którego wracam jak do starego, dobrego znajomego. Dzisiaj, prowadząc sklep, nie chcę Wam opowiadać górnolotnych haseł o meblach z duszą. Chcę po prostu pokazać meble, które mają swoją historię, swój zapach egzotycznego drewna i ten szczególny rodzaj spokoju, jaki daje świadomość, że ktoś nad każdym z nich spędził wiele spokojnych godzin. To kawałek świata, w którym rzemiosło wciąż znaczy dokładnie to, co powinno – rzetelną, ludzką pracę.
Zawsze powtarzam sobie, że nie jestem handlarzem czy sprzedawcą. Jestem raczej poszukiwaczką skarbów, która wybiera tylko te przedmioty, które sama chciałaby mieć w swoim otoczeniu. Każdy kontener z meblami, który do nas przypływa, to dla mnie małe święto, bo wiem, że w środku są owoce pracy ludzi, których znam i szanuję. Zapraszam Państwa do rozejrzenia się po moich znaleziskach. Mam nadzieję, że poczujecie w nich choć trochę tego tropikalnego słońca i spokoju, który towarzyszył mi w moich podróżach po Azji.
Zawsze powtarzam sobie, że nie jestem handlarzem czy sprzedawcą. Jestem raczej poszukiwaczką skarbów, która wybiera tylko te przedmioty, które sama chciałaby mieć w swoim otoczeniu. Każdy kontener z meblami, który do nas przypływa, to dla mnie małe święto, bo wiem, że w środku są owoce pracy ludzi, których znam i szanuję. Zapraszam Państwa do rozejrzenia się po moich znaleziskach. Mam nadzieję, że poczujecie w nich choć trochę tego tropikalnego słońca i spokoju, który towarzyszył mi w moich podróżach po Azji.
Halina Kiełbik





